O Antku, Bartku, Czarnej Górze i złotodziobym ptaku

I

Dawno temu, w pewnej odległej krainie, stała góra. Była to góra potężna, budząca respekt i trwogę. Z oddali wydawała się tak czarna, że chyba nawet w samym piekle czarniejszej czerni nie dałoby się znaleźć. Dlatego też górę tę nazwano Czarną. Ale powiem Wam, że jeśli kto zdobył się na odwagę, by zbliżyć się do niej, wnet mógł zobaczyć, że nazwa ta właściwie ma się nijak do rzeczywistości. Na górę składały się kamienie wielkie i ciężkie, ale każdy z nich w słońcu połyskiwał tysiącem lśniących, kolorowych iskierek. Często bowiem w życiu tak bywa, że to, co jest odległe i nieznane - wydaje się straszne. Jeśli zaś się bliżej to pozna, całkiem przyjemnym wydać się może.

Goradok

Krążyła legenda, że na szczycie Czarnej Góry rośnie drzewo przecudowne, na którym siedzi ptak niezwykły. Jak powiadali najstarsi ludzie, ptak ten ma pióra z kryształowych nitek utkane, oczy jak rubiny i złoty dziób. Ponoć każdy, kto na szczyt góry się wespnie i ogona ptaka przedziwnego dotknie, zostanie przezeń największymi i nieprzebranymi bogactwami obdarowany.

I jak nietrudno się domyślić, wielu było śmiałków, co się na Czarną Górę wspinali, by się z biedaków w bogaczy przemienić. Ale nikt, kto raz tam się udał, nie powrócił.

U stóp góry leżała mała wioska. Prości i biedni ludzie w niej żyli, ale serca mieli dobre i pełne szacunku wzajemnego. Chętnie sobie pomagali, nawet ostatkiem chleba się dzieląc. Ale, jak to zwykle bywa, w każdym stadzie i czarna owca się znajdzie.

Mieszkała w tej wsi stara Małgorzata, której mąż Maciej zmarł zeszłej zimy. Ale, że dobre to i poczciwe było chłopisko, trafił do samiutkiego nieba, skąd na ziemię spoglądał i na żonę ukochaną czekał.

Miała ta Małgorzata dwóch synów – Bartka i Antka. Straszy z nich, Bartek, chętnie we wszystkim pomagał, sił nie szczędził, by na chleb zarobić i uczciwie każdy grosik matuli oddawał. Młodszy zaś - Antek - to był dopiero gagatek. Powiem Wam, że nigdy wcześniej ani później nie było urwisa, który w psotach mógłby mu dorównać. Latał po całej wsi i co tylko jakąś okazję do psocenia wypatrzył, wnet ją wykorzystywał. I tak na przykład kiedyś młynarzowi Pawłowi w worki z mąką nawrzucał jarzębiny twierdząc, że teraz chleb smaczniejszy będzie. Innym razem wysmarował w nocy smołą i obsypał pierzem krowę pewnej biednej staruszeczki. Gdy ta rozpaczała, jak biedne zwierzę doczyścić, Antek zaśmiewał się w głos:

- Ależ nad czym tu płakać? Toż to cud prawdziwy! Jeszcze trochę i krowa w anioła najprawdziwszego się przemieni!

A kiedy indziej jeszcze wykradł kowalowi Janowi część narzędzi z kuźni i powrzucał je do pobliskiej rzeki. A potem rozpowiadał, że to sprawka wodnika rzecznego, który postanowił wszystkie ryby i raki podkuć.

Sami więc widzicie, jakie to było niedobre chłopaczysko. Ileż łez wylała biedna Małgorzata, ileż próśb do nieba posłała, żeby się Antek odmienił, ileż razy sama próbowała z synem rozmawiać. I zdarzyło się razu pewnego, że tak do niego rzekła:

- Dziecko kochane, jakże tak można? Ludziom biednym jeszcze biedę pogłębiasz. Toż oni cię w potrzebie nigdy nie zostawili, a ty im tylko trosk dokładasz. A mnie wstyd przed ludźmi przynosisz. Zlituj się, za robotę weź i skończ z tym łobuzerstwem.

Ale Antek śmiał się tylko i odkrzyknął zapłakanej Małgorzacie:

- Jak wam się wszystkim robić chce, to róbcie! Ja tam czuję, że moja natura nie do roboty stworzona. Ja w polu harować nie będę.
- A z czego żyć ci przyjdzie, kiedy mnie Pan Bóg do siebie zabierze? Toż nikt ci za darmo chleba do gęby wkładał nie będzie.

Antek popatrzył na matkę, pomyślał chwilę i odrzekł butnie:

- A właśnie, że będzie. Bo ja będę panisko wielkie.
- Cóż ty, dziecko, mówisz? – załamała ręce Małgorzata.
- Ano wiem, co mówię. Bo ja, matulu droga, za żonę księżniczkę pojąć postanowiłem. Bogata ona, bo to w końcu córka króla, a i urody na pewno jej nie brakuje.
- Antoś, synku! – wykrzyknęła biedna Małgorzata – czyś ty zmysły postradał? Prosty z ciebie chłopak, na wsi żyjesz, o której sam król pewno zapomniał. I ty się na królewskie dwory pchać zamierzasz? A któż tam taką biedę zechce? Toć o rękę królewny na pewno tysiące bogatych panów się ubiega.

Antek zmarszczył brwi, bo bardzo mu się to, co matka powiedziała, nie spodobało. Warknął tylko coś pod nosem, odwrócił się na pięcie i poleciał przed siebie.

II

Biegł tak i biegł, aż zmęczył się bardzo i postanowił przystanąć na chwilę, żeby tchu złapać. I gdy stanął, w jego głowie myśli takie kłębić się zaczęły:

„Faktycznie, w kieszeniach moich wiatr tylko hula i nawet pół grosza się nie znajdzie. A tyle się o królewskich rodach gada, że oni pieniądze kochają. Rację matka więc ma, że mnie w łachmanach nikt tam nie zechce”.

Stał taki zamyślony i zmartwiony przez chwilę, gdy do głowy mu myśl przyjemna wskoczyła. Aż wykrzyknął:

- Wiem! Muszę po prostu być bogaty!

Ale jego wesołość wnet prysła:

- Ale skąd tu wziąć tyle kosztowności? Wieś moja biedna i nawet gdybym wszystkich okradł, to i tak nie zbierze się tego więcej niż parę monet. A to za mało chyba...

Przysiadł na kamieniu i zaczął się zastanawiać.

I chciał los, że akurat wiatr tamtędy przelatywał. A z wiatrem tak to bywa, że czasem ludziom pomaga i chmury z deszczem nad wyschnięte pola zagania lub w upałach ulgę przynosi. Ale czasem, gdy mu humor nie dopisze, złe rady podsuwa. Tak i tym razem było. Wiatr był bardzo zły tego dnia i jak usłyszał o Antkowym problemie (bo to był wiatr, co w myślach czytać umiał), postanowił źle chłopakowi doradzić. Zakręcił się nad jego głową i tak mu do ucha zaszumiał:

Wiatr
„Wnet rozpłyyynie się twa trossska,
Jest wszak raaada bardzo prosssta:
Wioska leży u stóp góóóry
Na niej ptak przecudnopióóóry
Kiedy dotkniesz piór z ogooona,
Przyszłość Twa wnet odmieniooona
Ptak bogactwem cię obdaaaarzy
Takim, które ci się maaaaarzyyyy.”

Po czym musnął jeszcze Antka po policzkach i wzbił się w górę. Antek w pierwszej chwili zląkł się bardzo, bo sam nie wiedział, czy to coś do jego głowy wlazło, czy też jakiś duch polny obok niego krąży i tak mu do ucha szepce. Zerwał się więc na równe nogi i jął się dookoła rozglądać.

- Ktoś ty? Pokaż no się!

Ale nikt na to wołanie nie odpowiedział. Antek poczuł przejmujący dreszcz na całym ciele, a w głowie wciąż krążyły ostatnie słowa wypowiedziane przez wiatr:

„Ptak bogactwem cię obdaaaarzy
Takim, które ci się maaaaarzyyyy.”

Zawrócił przejęty bardzo i pognał wprost do swojej chaty. Chodził tam w kółko do końca dnia. Na miejscu zupełnie usiedzieć nie mógł. Matka widziała, że coś się z synem dzieje, ale nawet pytać go nie próbowała. Bała się, że jakieś kolejne psoty planuje. A Antek myślał:

„Słyszałem, jak kiedyś pasterze opowiadali sobie przedziwne rzeczy o skarbach z Czarnej Góry. Zawsze myślałem, że to bajki dobre tylko dla głupich i dzieci. Ale przecie na świecie tyle dziwnych rzeczy się dzieje... W istocie, nikt nigdy do Góry Czarnej podchodzić dzieciom nie pozwalał, a i starszych się przed tym przestrzegało”.

Myślał tak coraz bardziej niespokojny, aż w końcu podszedł do matki i tak powiada:

- Matulu, mam ja pytanie do ciebie.

Małgorzata spojrzała na syna z lękiem, bo już przez skórę czuła, że nowe kłopoty idą.

- Powiedz mi... ludzie tyle o Czarnej Górze różnych rzeczy gadają, prawda to?
- Antek, synku – rzekła pospiesznie Małgorzata – cóż ci po głowie znowu chodzi?
- Powiadają, że kto na Czarną Górę się wespnie, skarby nieprzeliczone zdobyć może i w ogóle wszystko, czego dusza zapragnie.
- Antoś, nie myśl o tym, tam iść nikomu nie wolno...
- Nie wolno?! – wykrzyknął Antek. – Mnie wolno! Mnie wszystko wolno! Ja tylko wiedzieć chcę, czy to prawda, żeby na marne swojego czasu nie tracić!
- Synku – zapłakała Małgorzata – nikt ci nie powie, jaka jest prawda, bo nikt z wioski, kto raz na Górę się wybrał, nigdy już stamtąd nie powrócił. I nikt z żywych, tu na dole, skarbów tych nigdy nie widział i nie dowiedział się, co za licho tam wysoko siedzi. Ci, co się tam wybrali, życiem zapewne to przypłacili.
- Ja tam tchórzem nie jestem i żadnego licha się nie boję. Jeśli Czarna Góra dać mi skarby może, to się na nią wespnę. A jeśli dać ich nie będzie chciała, to sam je sobie siłą wezmę! – wykrzyknął chłopak.

Małgorzata, bezradna już zupełnie, ręce załamała:

- Dziecko, co ty mówisz? Czy tu ci źle? Masz mnie i brata, i do garnka co włożyć, choć tego niewiele. I tyle piękności tu oglądać możesz: łąki i rzekę urokliwą, i lasy, i niebo z chmurami. Młody jesteś, życie przed tobą. Warto je tracić dla skarbów jakiś, które zgubę tylko ludziom przynieść mogą?
- Żadnego życia tracić nie będę! – wykrzyknął Antek.

Do izby właśnie wszedł Bartek, który caluteńki dzień w polu pracował. Jak zobaczył zapłakaną matkę, wnet pojął, że jej łzy znów Antek z oczu wycisnął. Podbiegł więc do brata, złapał go za poły kapoty i krzyknął:

- Cóż ty, łobuzie jeden, znowu matuli serce łamiesz? Toć ona jest już kłębuszkiem nerwów przez ciebie!
- Puszczaj! – wyrwał mu się Antek. – Ja jedynie swój los polepszyć chcę i skarby z Góry przynieść.

Bartek spojrzał na matkę, a potem znów na brata.

- Co też ty opowiadasz?
- Jak to co? Nie słyszałeś, co się o Czarnej Górze we wsi mówi? Słyszałeś zapewne i nie patrz takimi zdumionymi ślepiami. Ja te skarby zdobędę, a ciebie, jeśli stracha za kapotą nie masz, zabrać ze sobą mogę. Może i ty dla siebie coś przyniesiesz.

Bartek pokręcił z gniewem głową i odparł bratu:

- Matkę starą w samotności chcesz zostawić i na łaskę ludzi zdać? Skarby dla ciebie ważniejsze? Nie mam pojęcia, skąd w twojej głowie tyle głupoty i bezduszności siedzi.

Antek podparł ze złością boki i wykrzyknął:

- Jeszcze mi pozazdrościcie bogactwa i kłaniać się przede mną będziecie, i prosić, żebym choć garść monet wam podarował. Chcecie bratać się z biedą, to się bratajcie. Ja w ubóstwie żyć nie będę.

Potem usiadł na swoim sienniku, nakrył głowę kocem i udał, że śpi. Wkrótce potem i matka, zmęczona płaczem, zasnęła, a wraz z nią Bartek, który nieustannie tulił do siebie jej rękę. Gdy się Antek zorientował, że w domu wszystko już uśpione, podniósł się cichaczem ze swojego legowiska. Domyślacie się zapewne, co zamierzał zrobić. Wszedł do spiżarni, zabrał stamtąd bochenek chleba, dwa jabłka, trochę mleka i udał się w kierunku Czarnej Góry. Nocą wydawała się ona zupełnie czarna i nieprzenikniona. I tak okropnie nieswojo się Antek poczuł, że wręcz zawrócić chciał przez chwilę. Ale myśl o bogactwach bardziej była kusząca. Postanowił więc do świtu poczekać, zanim zacznie się wspinać po wielkich głazach.

III

Gdy pierwsze nocne ciemności przegonił budzący się leniwie poranek, Antek otworzył oczy. Spało mu się dobrze, bo i sny przyjemne miał. Śniło mu się, jak na koniu strojnym w klejnoty i złote ozdoby wjeżdża na dziedziniec zamku. Wszystkie oczy dworzan wpatrzone były w jego osobę i dało się w nich dostrzec podziw i zazdrość zarazem. Zmierzał wolno w kierunku królewskiego tronu. A król i siedząca obok księżniczka zachwyceni byli przepychem, jaki go otaczał. Antek zeskoczył ze swojego rumaka, skłonił się przed królem i rzekł:

- Przybyłem, mości królu, pojąć za żonę twoją córkę. Bogaty jestem, więc twej córce niczego u mnie nie zabraknie.

Król zaś odparł bez zastanowienia:

- Ależ, wielki panie Antku, jakże ja zaszczycony jestem, żeś raczył na żonę właśnie moją córkę wybrać. Dam ci nie tylko jej rękę, ale i całe moje królestwo, bo widzę, że wart tego jesteś.

Po czym założył na Antkową głowę swoją koronę, a cały dwór zakrzyknął: „wiwat król Antek I”. Wiwatowali wszyscy z wyjątkiem dwóch tylko osób, w których Antkowi wydało się, że widzi matkę i Bartka. Ale może mu się tylko wydało. Nie zawracał sobie zresztą tym głowy, bo przecież właśnie został królem.

Kiedy się budził, słyszał jeszcze ostatnie, wznoszone na swoją cześć okrzyki radości. Tak mu się ten sen spodobał, że poczuł w sobie wielką siłę, by się wspiąć na szczyt góry. Posilił się więc nieco i zaczął się wdrapywać po stromym zboczu. Szło mu to bardzo sprawnie, bo Antek był niezwykle zwinnym chłopcem. Po mniej więcej godzinie, strome zbocze góry zaczęło robić się łagodniejsze, a pomiędzy wielkimi głazami zarysowała się wąska ścieżka, którą było o wiele łatwiej iść. Im się bardziej Antek piął w górę, tym więcej ciekawych rzeczy dostrzegał. Góra już nie składała się tylko z głazów, które, jak już mówiłem, nie były wcale takie zupełnie czarne. Oto bowiem pojawiała się gdzieniegdzie zielona trawa, a na niej rosły maleńkie kwiatuszki. Usiane były tak gęsto, że tworzyły jakby kobierce. Co pewien czas Antkowym oczom ukazywały się drzewa. Dziwaczne trochę, bo jakieś takie powykręcane straszliwie. Obok każdego z nich leżały całe kopce kamieni, ale drobnych, niczym klejnoty, niektóre nawet do monet podobne. Ale Antek wcale się im nie przyglądał, bo miał głowę czym innym zajętą. A szkoda, bo gdyby choć przy jednym drzewie przystanął, może odczytałby przestrogę, jaką w sobie kryły.

Niebo tego dnia było niemal zupełnie bezchmurne, toteż prażące słońce porządnie dawało się Antkowi we znaki. Pot lał mu się po czole cienką strużką, bo choć zwinny był niezwykle, to jednak wielogodzinny marsz każdego by przecież zmęczył. Dlatego też Antek niezmiernie się ucieszył, gdy pod koniec dnia do jego uszu dobiegł szmer wody. Aż podskoczył z radości i zaczął biec w kierunku, z którego dał się słyszeć cichy plusk. I rzeczywiście, z boku, niemal równolegle do ścieżki, biegła mała rzeczka. A woda w niej tak czysta była, że to aż niepojęte. Rozradowany Antek wskoczył do niej, nawet ubrania nie zdejmując. Pił ją łapczywie, polewał sobie głowę, aż w końcu usiadł na dnie i rozkoszował się miłym chłodem.

- Ależ tu przyjemnie – powiedział do siebie – i cóż to stare ludzie za bajki o tej górze opowiadają, że ona taka straszna. Tak też myślałem, że to kłamstwa tylko i nic więcej.

Gdy tak sobie siedział zachwycony zupełnie, naraz coś w trawie zapiszczało, zachrobotało i plasnęło. Antek podskoczył ze strachu, bo to coś tak znienacka się pojawiło.

- Ktoś ty? – krzyknął Antek. A w trawie cisza. Po chwili jednak znów coś zapiszczało, chrapnęło i gwizdnęło.

- Ktoś ty? – wykrzyknął Antek jeszcze bardziej zaniepokojony. Znów zapadła cisza. Po chwili nad trawę wolniutko wysunęło się dwoje brunatnych uszu. A potem, ostrożnie wychyliła się cała mordka jakiegoś dziwacznego zwierzątka. Ni to królik, ni kret - trudno orzec. Zwierzątko spojrzało swoimi okrągłymi i czarnymi jak węgielki oczami na Antka. Mrugnęło parę razy powiekami, a potem zaczęło się wolno wdrapywać na Antkową torbę z jedzeniem. Gdy poczuło zapach jabłek, migiem wśliznęło się do niej i zaczęło tam buszować. Jak to Antek zobaczył, wnet o strachu zapomniał i dawaj zwierzaka z torby wytrząchiwać.

- A pójdziesz ty, darmozjadzie jeden! Wara od mojego jedzenia! Już ja cię tu zaraz kijem po grzbiecie pogłaszczę!

Ale nim się Antek zorientował, zwierzak niepostrzeżenie wyskoczył z torby z jabłkiem w łapkach, usiadł na pobliskim kamieniu i jął się zajadać, obserwując jednocześnie chłopaka. Gdy już zjadł całe (a zrobił to nad wyraz szybko), świsnął w kierunku Antka:

- Darmozjadzie? Przyganiał kocioł garnkowi – zapiszczał z uciechy zwierzak.

Antek odwrócił głowę w kierunku nieproszonego gościa i dopiero teraz zobaczył, że w torbie nie ma ani zwierzaka ani jabłka.

- Ja cię tu zaraz nauczę, gamoniu jeden – wrzasnął Antek i rzucił się w kierunku zwierzątka, ale noga zaplątała mu się w jakąś gałąź i chłopak jak długi runął na ziemię. Upadł tak akurat, że jego nos niemal dotykał do nosa małego stworzenia.

- Gamoniu? Tyś chyba większy gamoń, bo zamiast matuli słuchać i się czytać i pisać uczyć, tylko po drzewach łazić umiesz i psoty czynić.

Antek zły był okropnie, ale czuł, że nie da rady pochwycić zwierzątka, bo strasznie się przy tym upadku poobijał.

- Uczyć to się tylko biedaki muszą, a nie wielkie pany.
- Aaaa – pokiwało zwierzątko głową – toś ty pan wielki. A z jakiego kraju? Na oko to z kraju próżniaków i nicponi - zwierzak zaczął chichotać.
- Czekaj no, już ja cię... – wrzasnął Antek, ale właśnie go w boku coś zakuło, że syknął tylko z bólu.

A zwierzak, nie przejmując się niczym zupełnie, dodał:

- A tak w ogóle, to większość panów możnych wykształcona jest wielce, a od nauki głupcy tylko stronią.

Antek podniósł się wolno i usiadł na trawie plecami do zwierzątka. Postanowił je zignorować. Podniósł z ziemi kawałek chleba, który wypadł z torby i zaczął go jeść. Przezorek, bo tak nazywał się zwierzak, siedział przez chwilę cicho. Potem zagadał do Antka:

- Zawróć z drogi, póki czas.

Antek ani drgnął.

- Żadne skarby świata nie są warte tego, żeby tych, co cię kochają, zostawiać.
- Ty się nie wtrącaj w moje sprawy. Poza tym wcale nie słyszę, co do mnie mówisz.
- Jeśli nie słyszysz, to czemu się do mnie odzywasz? – zachichotał Przezorek.

Antek zacisnął zęby i zezłościł się jeszcze bardziej.

Słońce schylało swoją twarz coraz niżej i niżej, aż zupełnie znikło za horyzontem. I kiedy na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, Antek poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Zaczął sobie mościć w trawie posłanie, a kątem oka zerkał w kierunku, gdzie wcześniej siedział zwierzak. Przezorka tam nie było.

- No, poszedł sobie, wreszcie będę miał spokój – powiedział. Ale jednocześnie poczuł się bardzo samotny. Był przecież teraz na tej górze zupełnie sam. Nawet nie było komu figla spłatać, żeby sobie humor poprawić. Kładł się więc smutny trochę, ale miał nadzieję, że może znowu mu się coś miłego przyśni. Zamknął szybko oczy i zaczął barany liczyć, żeby sen szybciej na siebie ściągnąć.

IV

Tej nocy, tak jak i poprzedniej, śnił o królewskim pałacu i prześlicznej księżniczce. Znów wszyscy wiwatowali i oddawali mu pokłony, i znów zachwycony król powierzał mu wszystko, co posiadał. Sen znów sprawił, że Antek wstał w świetnym nastroju i przepełniony nowym zapałem ruszył na szczyt góry. Szedł tak jeszcze siedem dni i za każdym razem budził się rano w znakomitym humorze, bo w nocy nieustannie śniła mu się księżniczka i królewski pałac. Ale ostatniej nocy, tuż przed dotarciem na szczyt, sen był nieco inny. Antek znów jechał dumnie przez pałacowy dziedziniec. Jego szaty aż porażały blaskiem złota i drogich kamieni. Nagle jednak chłopak uświadomił sobie, że koń, na którym siedzi, idzie coraz wolniej i wolniej. Im bliżej był królewskiego tronu, z tym większym trudem stawiał kroki. Naraz odwrócił łeb ku Antkowi i szepnął:

- Zdejmij że ze mnie te kosztowne ozdoby, bo sił mi brak, żeby to dźwigać.

Antek spojrzał na konia i kiwnął przecząco głową.

- Idź czym prędzej i nie marudź.

Koń postąpił jeszcze parę kroków, po czym przystanął i znów powiedział:

- Zdejmij choć część tego, bom już wyczerpany.

Ale Antek uderzył tylko biedne zwierzę w boki ostrogami i syknął:

- Idź!
Sen

Koń podniósł kopyto lecz po chwili je opuścił i prychnął cicho. Antek znów go uderzył, lecz ten nie postąpił naprzód nawet o krok. Zezłoszczony zsiadł z konia i pomyślał.

„Zbyt blisko jestem celu, żeby teraz się zatrzymać”.

Jął więc z podniesioną głową maszerować w kierunku króla i księżniczki. Ale im bliżej był tronu, tym kosztowne szaty ciążyły mu coraz bardziej. Czuł, jakby mu nogi w ziemię się zapadały. Nie zatrzymywał się jednak i parł do przodu coraz wolniej i wolniej. I kiedy już niemal tron był w zasięgu wyciągniętej ręki, Antek poczuł, że siły opuściły go zupełnie i padł bez ducha.

Zerwał się z krzykiem. Oddychał tak szybko, jakby co najmniej dobę całą biegł bez postoju.

- Co też za potworności – wykrzyknął, kiedy już sobie uświadomił, że to był tylko sen. – Głupoty najzwyklejsze. To pewnie brat mój zazdrosny o skarby, które niebawem będą moje, jakieś przekleństwa na mnie zsyła.

Ale to żadne przekleństwa nie były. Tylko przestrogi, których żądny bogactwa chłopak nie umiał odczytać.

Przeciągnął się Antek po spaniu, kości rozprostował i ruszył przed siebie, czując, że to dziś już ptaka niezwykłego ujrzy. I słuszne były jego przeczucia. Kiedy uszedł pół dnia drogi, pośród gęstwiny drzew przedziwnych zobaczył, jakby coś błysnęło. Zaczął się przedzierać między konarami. Gdy ostatnie gałęzie rozchylił, ukazało się Antkowym oczom błękitne niebo, a na jego tle - cudne drzewo. Całe niczym ze złota, a zamiast listków jakby turkusy i szmaragdy były. Ale jeszcze piękniejszy niż to drzewo, był ptak, który siedział na jednej z jego gałęzi. Taki był, jak wiatr szeptał. A właściwie piękniejszy nawet. Antkowi aż mowę odjęło. Pierwszy raz w życiu.

Antek2

- Jakież to ptaszysko przecudne – szepnął po dłuższej chwili sam do siebie. I, nie uwierzycie, ale Antek pomyślał, że jak już skarby wszystkie sobie zabierze, to i ptaka na koniec do torby zapakuje, bo to z pewnością na królewskim dworze wszystkim by mowę odjęło.

- Ale pierwej ptaka o skarby mi prosić trzeba.

Rozejrzał się uważnie dookoła, i gdy zobaczył, że poza ptakiem nikogo na szczycie nie ma, wygramolił się spomiędzy konarów. Ptak spoglądał swoimi rubinowymi oczami na Antka. I Antek nawet przez chwilę poczuł się nieswojo, bo jakieś rozumne to spojrzenie mu się wydało. Ale Antek, jak to Antek, nie zwykł zastanawiać się nadmiernie. Podszedł więc wyprostowany do ptaka i powtórzył sobie to, co mu wiatr do ucha szeptał:

„Jeśli dotkniesz piór z ogona,
przyszłość Twa wnet odmieniona...”

Wyciągnął więc dłoń i gdy ta ledwie dotknęła niewiarygodnie pięknego pióra, ptak drgnął. Antek niczym oparzony cofnął rękę i odruchowo chciał w krzaki czmychnąć (bo wcale taki odważny nie był). Powstrzymał się jakoś i spojrzał w rubinowe ptasie oczy.

Ptak rozchylił swój dziób, z którego, jakby gwiazdki złociste wyfrunęły a zaraz za nimi wydobył się melodyjny głos:

- Po cóż przybywasz do mnie, młodzieńcze?

Antek zebrał się w sobie, po czym rzekł butnie:

- Po cóż? Po skarby!
- A jakich to skarbów pragnie twe serce?
„Oho”- pomyślał Antek – „ptaszysko pewnie mnie zwodzić zacznie, żeby mi tylko niczego z kosztowności nie dać”.
- Jak to jakich? Tych, co to ludzie powiadają, że tu ukryte: złota, klejnotów i w ogóle wszelkich bogactw!

Ptak popatrzył wnikliwie na Antka i rzekł:

- Twoja wola.
Ptak Zotodzioby1
Tam, za Tobą, jest pieczara
W niej zaś skarbów, co niemiara
Idź i weź je w swoje ręce
Niż ci trzeba – nie bierz więcej,
Bo za chciwość niezmierzoną
Przyjdzie ci zapłacić słono.

Antek szybko spojrzał za siebie i - o dziwo - zobaczył wielką pieczarę, której wcześniej – tego był pewien – nie było. Nie zastanawiał się jednak nad tym wcale, bo pragnienie posiadania majątku ogarnęło jeszcze bardziej jego serce. Kiedy wszedł do wnętrza pieczary, aż mu mowę odjęło. Ja sam nie jestem w stanie opisać wszelkich cudowności, jakie tam się znajdowały. Powiem tylko, że zgromadzone były tam nieprzebrane wręcz ilości złota, klejnotów, biżuterii, cennych tkanin i przecudnie wykonanych talerzy, tac, dzbanów i kielichów. W którą stronę by się nie spojrzało, blask skarbów aż w oczy raził. Jednym słowem, żadna pieczara, w żadnej z bajek nie kryła w sobie takich bogactw. Kiedy Antek ochłonął nieco z zachwytu, zaczął sobie kieszenie i torbę wypełniać tym, co mu się wydało najcenniejsze. A gdy już brak mu było miejsca na skarby, pomyślał.

„Już mi całe ubranie od złota ciąży, a jak się tak rozglądam, to wydaje mi się, że w pieczarze nic nie ubyło. Miałbym ja zostawić resztę?” I tak sobie wykombinował, że po trosze będzie wynosić skarby przed pieczarę. A gdy już dostatecznie dużo ich wyniesie, zacznie je po trosze znosić w dół góry i tak wolniutko z całym majątkiem, dotrze do rodzinnej wioski. Jak widzicie, Antek zupełnie nie wziął sobie do serca słów ptaka. Zaczął więc kosztowności wynosić na zewnątrz. Wynosił ich coraz więcej i więcej. Kiedy poczuł zmęczenie, postanowił, że jeszcze ostatni raz wejdzie do jaskini. Ale co z niej wyszedł, myślał o tym co tam zostało i znów postanowił wrócić po coś jeszcze. I tak nieustannie. Zmęczenie ogarniało go coraz większe, ale myśl o złocie i klejnotach, pozostawionych w środku, nie pozwalała mu odpocząć. A jaskinia wydawała się zupełnie nie pustoszeć. Chciwość tak Antka opętała, że już zupełnie rozum postradał i dopiero, kiedy wycieńczony przewrócił się u wejścia do pieczary, przypomniał sobie swój sen i przestrogi ptaka. Ale było za późno. Zmęczenie ogromne sprawiło, że Antek jęknął tylko i padł bez ducha obok wszelkich kosztowności, jakie zdołał wynieść. Taki to smutny los spotkał chciwego i bezmyślnego chłopaka.

V

Opuśćmy teraz Czarną Górę i przenieśmy się do wioski, w której został brat Antka ze starą matką. Bardzo źle się u nich dziać zaczęło po tym, jak Antek odszedł. I to nie dlatego, że mniej rąk do pracy było, bo dobrze wiecie, że chłopak wcale się do roboty nie przykładał. Matka Antka tak bardzo za nim tęskniła i tak bardzo się o niego bała, że biedaczka w chorobę się ciężką wpędziła. Bo takie są już mamy, że nawet, kiedy im dzieci najwięcej bólu i przykrości sprawiają, one nie przestają ich kochać. Bartek płakał po kątach, bo zupełnie nie wiedział, jak matulę pocieszyć i jak ją z choroby wyciągnąć. I widząc, że z matką coraz gorzej, i że pewnie niebawem Pan Bóg ją do siebie zabierze, postanowił pójść na Czarną Górę brata szukać. Wiedział bowiem, jak matka za Antkiem tęskniła.

- Dziecko kochane! – wyszeptała chora Małgorzata, kiedy jej syn zamiary swoje wyjawił – Jednego syna już straciłam. Mam stracić i drugiego? Nie idź nigdzie, bo mi serce pęknie, jeśli nie wrócisz.

Bartek ucałował rękę matki i powiedział z czułością:

- Matulu kochana. Wiesz przecie, że ja nigdy nikomu krzywdy żadnej nie wyrządziłem. Czy więc dobry Pan Bóg chciałby, żeby mnie ktoś krzywdę zrobił? Pójdę ja na Czarną Górę, a anioł stróż mnie chronił będzie i calusieńkiego do Ciebie z powrotem przywiedzie. A poza tym, ja na Czarnej Górze skarbów szukać nie będę. A wiesz dobrze, że tam ci jeno przepadli, którym się złota zachciewało.

Matka wysłuchała syna i wiedziała, że mądrze mówi. Ucałowała go więc z miłością i błogosławieństwo na drogę dała.

Następnego dnia, skoro świt ruszył Barek na Czarną Górę. Nie myślcie, że się nie bał. Bał się i to nawet bardzo. Tak to już z ludźmi jest, że przed nieznanym często się trwożą. Szedł więc Bartek tą samą drogą, którą przemierzał Antek i wielu przed nim. Rozglądał się uważnie na boki i z zadziwieniem przyglądał się drzewom, których było więcej, im wyżej się piął. A wszystkie jakieś takie powykręcane mu się wydawały i nawet jakby do ludzi podobne. Poczuł dreszcz przejmujący. Gdy dzień już się kończył, ogarnęło go zmęczenie. Postanowił więc zatrzymać się i odpocząć trochę. Zatrzymał się właściwie w tym samym miejscu, gdzie wcześniej Antek postój sobie zrobił. Usiadł Bartek na trawie i wyciągnął z torby, którą mu dała matka, kawał chleba. Gdy zaczął jeść, usłyszał za sobą jakieś świśnięcie. Zerwał się przestraszony na równe nogi i odwrócił błyskawicznie. A tam, zza wysokiej trawy zerkał na niego Przezorek.

- Aleś mnie, zwierzaczku mały, przestraszył – zaśmiał się Bartek. – Pewnie jesteś głodny?

Przezorek pisnął cichutko. Bartek oderwał kawałek chleba i mu podał. Przezorek wsadził sobie cały chlebek do pyszczka i tak się zapchał, że aż gryźć mu było trudno.

-Ha, ha, ha – zaśmiał się Bartek – przecież ci tego nie zabiorę.

Przezorek przełknął wreszcie i zapiszczał:

- Dziękuję.
- Ooo, to ty gadać potrafisz? – zapytał zaskoczony Bartek.
- Na niezwykłej górze niezwykłe zwierzęta żyją, to i gadać potrafią – uśmiechnął się Przezorek. Bartek przyjrzał mu się uważnie.
- Od dawna na tej górze mieszkasz?
- Od tak dawna, że nawet już nie pamiętam, od kiedy.
- A czy ty zwierzaku widziałeś tych, co to się na szczyt góry po skarby wybierali?
- Każdziutkiego z nich.

Bartek przyskoczył do Przezorka i składając błagalnie ręce powiedział:

- Widziałeś więc i na pewno brata mojego, takiego chłopaka młodego, z czupryną rozwianą, rudą jak marchewka...
- ...i butnego okropnie – dokończył Przezorek. – Widziałem. Oj, uparte to chłopaczysko żadnych rad dobrych słuchać nie chciało. Ty chociaż ich posłuchaj i wracaj czym prędzej skądeś przyszedł, jeśli nie chcesz, by i ciebie zguba spotkała.
- Nie wrócę, póki brata nie odnajdę – powiedział stanowczo Bartek.
- To ty nie po skarby się wybierasz? – zdziwił się Przezorek.
- Na co mi skarby, skoro brat mój zaginął, a matuli serce z tęsknoty pęka. Wiesz może, gdzie brata znaleźć mi się uda?
- Tego nie wiem, ale idź na szczyt góry. Moim zdaniem, tam go najprędzej znajdziesz.
- Tak uczynię – powiedział Bartek, lecz wcześniej postanowił się zdrzemnąć i wypocząć.

Wstał następnego dnia skoro świt. Po Przezorku ani śladu nie było. Odłamał Bartek kawałek chleba i zostawił go na trawie, bo pomyślał, że zwierzak pewnie tu wróci i głodny będzie. Potem sam się trochę pożywił i ruszył dalej ścieżką. Im wyżej się wspinał, tym gęstszy stawał się las. A drzewa dziwaczne były. Im dłużej się im przyglądał tym bardziej mu ludzi przypominały. „Jakże to możliwe, żeby drzewa ludzkie gęby miały?” pomyślał. Szedł tak siedem dni. I dnia siódmego wieczorem dostrzegł wśród leśnej gęstwiny prześwit. Postękując i pot z czoła ocierając dotarł do owego prześwitu i ujrzał polanę, a na jej środku drzewo z przedziwnym ptakiem. Takiego blasku cudownego nigdy jeszcze nie widział. Zląkł się w pierwszej chwili, lecz wiedział, że zawrócić nie może. Zebrał się w sobie, wziął parę głębokich wdechów i wolno przedarł się na polanę. Potem, miętosząc w drżących dłoniach skrawek swojej koszuli, zbliżył się do drzewa. Wyciągnął drżącą dłoń i dotknął nią ptasiego ogona. Ptak drgnął lekko i spojrzał swoimi rubinowymi ślepiami na Bartka, po czym rzekł:

- Po cóż przybywasz do mnie, młodzieńcze?

Bartek skłonił się nisko i drżącym głosem powiedział:

- Wybacz, czcigodny panie ptaku, że spokój twój zakłócam, ale brata przyszedłem szukać.

Ptak spojrzał zdumiony na Bartka.

- Brata?
- Tak. Antek na niego wołają. Taki młody, rudy i niepokorny.
- Nigdy jeszcze nikt do mnie po brata nie przybył. Ludzie tylko skarbów tu szukają. Czy tobie skarbów nie trzeba?
- Ptaku czcigodny. Na cóż mi skarby, skoro matka moja chora i z tęsknoty za Antkiem się rozchorowała, brat zagubiony i nie wiem, gdzie go odnaleźć mogę. Ja brata jedynie sprowadzić do domu pragnę. Powiadają ludzie, że człowiek, który przed Twym obliczem stanie, może prosić, o co chce. Ja pragnąłbym jedynie wiedzieć, gdzie brata mogę odszukać.

Ptak nie przestawał się Bartkowi przyglądać. Patrzył tak w milczeniu, po czym rzekł.

- Był u mnie twój brat. I przyznać muszę, że tak butnego i chciwego młodzieńca jeszcze nie widziałem.
- Ptaku szanowny, ale w duszy to dobry chłopak, jeno mu jeszcze młodzieńcze szaleństwa z głowy nie wywietrzały.
- Nie sądzę. Jego serce zatwardziałe było i nieczułe na nic, poza własnymi pragnieniami. Sam na siebie zasłużoną karę sprowadził.

Słysząc te słowa, Bartek zląkł się bardzo. Pojął, że z bratem coś złego bardzo się stało.

- Wiesz zatem, co z bratem moim i gdzie go znaleźć mogę. Wszystko ci oddam, co tylko posiadam, jeno powiedz, gdzie Antek – powiedział ze łzami w oczach i zaczął wyciągać z torby wszystko, co miał. Ale cóż tam było: kawałek chleba, nieco mleka, krzyżyk drewniany i mały nożyk.
- Schowaj to – powiedział łagodnie ptak. – Nie ma takich skarbów, których bym nie posiadał i którymi można by winy twojego brata odkupić. Jak już powiedziałem, sam na siebie słuszną karę sprowadził...

- Ptaku miłościwy...- jęknął zapłakany Bartek. Ptak ciągnął dalej.

- ...i nigdy w życiu dobrego uczynku nie wykonał. Ani jednego, z uwagi na który zasługiwałby na drugą szansę. Ale takie jest prawo, że każdy, kto wespnie się na górę i dotknie mojego ogona, może prosić o co chce. Nigdy nikt nie prosił o nic dla innych. Ty jesteś pierwszy. Jeśli chcesz zobaczyć brata, odwróć się i podejdź do pieczary, która ukaże się twym oczom.

Bartek w jednej chwili spojrzał za siebie. Dostrzegł olbrzymią pieczarę, z której blask bił przedziwny. Zbliżył się do niej niepewnie a im bliżej podchodził, tym blask był większy, kiedy był już całkiem blisko, zajrzał do środka. A tam oczom jego ukazały się skarby, jakie swego czasu Antka otumaniły. Stał niczym zaczarowany i wodził oczami po cudownościach wręcz niewyobrażalnych. Aż tchu brakowało. Stał tak dobrych parę minut z otwartymi ustami i nawet przez myśl mu przeszło, ile dobrych rzeczy mógłby kupić za taki majątek. Ale wtedy przypomniał sobie, że przecież nie po to wspiął się na górę. Jął więc rozglądać się po pieczarze, ale już nie na kosztowności patrzył, lecz brata szukał. Nigdzie go nie widział. Wybiegł więc przed pieczarę, a tam jego wzrok padł na głaz leżący u wejścia do niej. Podszedł do niego wolno, a kiedy był już całkiem blisko, rozpoznał w jego kształtach Antka. Twarz i ręce i nogi ale wszystko kamienne zupełnie. Wokół posągu pełno było skamieniałych monet, dzbanów i innych kosztowności.

VI

Zdumiony Bartek dotknął kamiennego brata. Zimny był zupełnie, jak to głaz. Nie poruszał się. Bartek próbował go dźwignąć, ale ciężar był zbyt wielki. Padł więc na kolana, a po jego policzkach jęły płynąć łzy. Płynęły ku brodzie i skapywały na kamienne policzki i ręce Antka. I wtedy Bartek zrozumiał, że te wszystkie przedziwne drzewa, które mijał w drodze, to byli ci, co po skarby do ptaka przybyli. Nikt jednak, nie zdołał zejść z góry, bo każdy, zbyt zachłanny, tak się skarbami obłożył, że pod ich ciężarem wcześniej czy później padał i w kamień bądź też drzewo kamienne się zamieniał. A Antek, najbardziej żądny skarbów, nawet od groty nie odszedł, bo go tak chciwość opętała.

Smierc

Bartek rozpaczał. Łzy co i raz spadały na kamienny posąg. Ale co to? Zaczęła się naraz dziać rzecz przedziwna. Każda z łez, dotknąwszy kamiennej postaci Antka, zaczynała lśnić niczym srebrny pył i w miejscu, gdzie spadła, odmieniała na powrót zimny głaz w Antkowe ciało. Bartek w coraz większym zadziwieniu patrzył na te czary. Kiedy już Antek w pełni został do życia przywrócony, złotodzioby ptak przemówił.

- Tylko szlachetne serce, pełne miłości i dobra może odwrócić skutki złej strony ludzkiej natury. Weź brata i wracaj do matki, która czeka stęskniona.

Bartek skłonił się w pas przed ptakiem i podziękował mu najpiękniej, jak potrafił. Potem wziął brata pod ramię (bo Antkowi nogi zupełnie zdrętwiały, zresztą wciąż jeszcze do siebie nie doszedł i nie wiedział nawet, gdzie się znajduje) i ruszył w drogę powrotną. Droga, choć ta sama, wcale mu się nie dłużyła. Pełen był radości, że odnalazł Antka. I cieszył się bardzo na samą myśl o tym, jaka to będzie niespodzianka dla matuli kochanej, gdy obu swoich synów zobaczy. Siódmego mniej więcej dnia dotarli na sam dół góry i zobaczyli w oddali chaty ich wioski. Serca zabiły im mocniej i mimo wielkiego zmęczenia iść szybciej zaczęli. Jakież było zdziwienie Bartka, kiedy zobaczył matkę krzątającą się po podwórzu. Przecież tak chora była, a teraz wyglądała na człowieka, któremu Bóg zdrowia nie poskąpił.

- Mateczko – krzyknął Bartek i - ciągnąc Antka za rękę - rzucił się biegiem w jej stronę.

Małgorzata oderwała się od swojej pracy i spojrzała w stronę chłopców. Stanęła w bezruchu i patrzyła, jak dwa chłopaki pędzą niczym wiatr. Rzucili się jej na szyję i jęli się wszyscy ściskać i całować.

- Moje dzieci – wyszeptała wzruszona Małgorzata. I nie była w stanie powiedzieć nic więcej, bo wzruszenie ścisnęło ją za gardło, a z oczu popłynęły łzy szczęścia.

Kiedy już się sobą nacieszyli, siedli przy stole i zaczęli opowiadać jeden przez drugiego, co im się na Czarnej Górze przydarzyło. A na koniec Bartek zapytał:

- Matulu, cóż się stało, że siły odzyskałaś?
- Dziwy jakieś, chłopcy kochani – powiedziała Małgorzata. – Na siedem dni przed waszym powrotem, kiedy spałam, sen miałam przedziwny. Naraz zobaczyłam, jak z chmur ku mnie ptak przedziwny leci. Cały niby w kosztowności ustrojony, z dziobem złotym i rubinowymi oczami. I kiedy już był całkiem blisko, naraz w anioła się zamienił. Zbliżył się do mnie i dłońmi dotknął twarzy mojej. Stał tak przez chwilę, a z jego włosów sypały się złote i srebrne iskierki, które na mnie spływały. Potem anioł uśmiechnął się i powiedział, że za siedem dni zobaczymy się, synkowie kochani. Kiedy się obudziłam, płakać mi się chciało, bo pomyślałam, że to sen jedynie. Ale wnet poczułam, że ból wszelki ze mnie uleciał, a ręce i nogi już nie odmawiają posłuszeństwa. Wstałam więc zupełnie zdrowa i nie pozostało mi nic innego, jak tylko czekać na was.

Wieść o powrocie Antka i Bartka z Czarnej Góry i o przedziwnym ozdrowieniu Małgorzaty wybiegła daleko poza granice wioski. Po pewnym czasie wszystko wróciło do starego porządku. No, może nie wszystko. Bartek pracował jak dawniej, lecz miał w sobie niezmierzoną wręcz radość. Czuł, że ma wszystko, czego człowiekowi potrzeba – zdrowie, dach nad głową, a przede wszystkim kochaną rodzinę. Stara Małgorzata do końca swych dni dziękowała dobremu Bogu za swoje dzieci kochane.

A zapytacie, co z Antkiem i czy jak dawniej do psot powrócił? On zmienił się zupełnie. Pojął bowiem, co w życiu jest najważniejsze i że to wcale nie są psoty. Zaczął pomagać w domu jak nigdy. Dzień w dzień okazywał miłość matce i bratu, i chętnie pomagał wszystkim, których spotkał na swej drodze. Powiem Wam też, że jego dobre uczynki bardzo urzekły pewną Jankę. Zakochała się ona w Antku, ze wzajemnością zresztą. Następnego roku weselisko było we wsi, że ho ho. A Janka o wiele piękniejsza była od królewny, o której Antek tak marzył. A poza tym dobre serce miała. W każdym razie wszyscy żyli w wielkim szczęściu i miłości.

Janka

Jeśli wydaje się Wam, że od tego czasu nikt już więcej na Czarną Górę po skarby nie chodził, to jesteście w wielkim błędzie. Śmiałków było jeszcze wielu. Jednak rzecz stała się przedziwna, bo nikt, komu się udało na sam szczyt góry wejść, nie znalazł tam już ani przedziwnego drzewa, ani złotodziobego ptaka, ani pieczary pełnej kosztowności. Niektórzy powiadają, że pewnie ptak na inną górę się przeniósł, inni twierdzą, że to anioł był niewątpliwie i że do nieba powrócił wraz z całym bogactwem, aby już nigdy więcej ono ludzi nie kusiło. A jeszcze inni uznali, że to bajka tylko i że nigdy ani żadnego zaczarowanego ptaka, ani drzewa ani pieczary nie było. A co Wy myślicie? Tego nie wiem. Jeśli jednak kiedyś będziecie wspinać się na jakąś górę i naraz zobaczycie drzewa powyginane niczym ludzkie postacie, i skały, w których twarze da się dostrzec, przypomnijcie sobie tę historię. Może właśnie weszliście na szlak, którym kiedyś, przed wiekami maszerowali Antek i Bartek. I kto wie, co będzie Was czekało na samym szczycie?

...aha! I nigdy nie zapominajcie o tym, że jedną z najbardziej zgubnych dla człowieka rzeczy jest CHCIWOŚĆ.


    Goska
    1 year ago

    Anonymous: "Bo takie są już mamy, że nawet, kiedy im dzieci najwięcej bólu i przykrości sprawiają, one nie przestają ich kochać." To mi się podoba...

    0 0
    Michał
    1 year ago

    Michal:Bardzo mi się podoba! Rysunki piękne. A Bartek też na dobrą żonę zasłużył! I Rodzina byłaby większa ... I Mama miałaby więcej opiekunów... (I wnuków. Ale to już inna bajka...)

    0 0
    Iwona
    1 year ago

    Iwona: Bardzo wzruszająca bajka. A rysunki przepiękne

    0 0
dłuugie OPOWIADANIE jest ciekawe niesłychanie

Spis opowiadań

O Czarnej Górze

Jak Stefanek przestał być szary

O Korona-smoku

O Tobiaszu, komecie i Ględziole

O Diable, który zamieszkał w niebie

Przeszukaj Leoniki
-Zasady kontaktu